Rototom Sunsplash 2016 – relacja

Share on Facebook0Tweet about this on Twitter0Share on Google+0

Gościnna relacja Martyny Pabisiak i Rafała Jakuszczonka, którzy odwiedzili hiszpański festiwal Rototom Sunsplash.

Dla miłośników muzyki, lato to najlepszy czas. Najróżniejsze festiwale odbywają się w najrozmaitszych miejscach. Każdy jedzie na nie z innego powodu. Jedni dla wykonawców, których chcą zobaczyć, inni dla atmosfery. Jeszcze inni łączą ze sobą oba te aspekty. Południowa Europa znana jest z tzw. „południowego luzu”. Naszym zdaniem nawet powietrze jest tam nim wypełnione. Hiszpana, Włochy, Francja – wszystkie te kraje organizują wielkie festiwale muzyki reggae. Największym z nich jest Rototom Sunsplash. To miejsce gdzie rokrocznie od 23 lat przyjeżdża 250 000 ludzi. Ten 8-śmio dniowy festiwal może pochwalić się najlepszym line-upem w Europie.

Main Stage

To jak sama nazwa mówi największa ze scen. Koncerty na niej odbywają się od 20:45 do 2:00 w nocy. Potem jest zamykana. Jest to bardzo przemyślane, ponieważ na tej scenie występują tylko największe gwiazdy. Po prostu wiesz, że tam zawsze będzie dobrze. Nawet nie znając line-upu możesz iść w ciemno.

Koncerty na głównej scenie rozpoczęła Marcia Griffiths. Ta 66-cio letnia jamajska gwiazda przywitała wszystkich pozytywną energią. Ubrana na biało skakała i szalała na scenie. Jej dynamizm udzielał się z każdą chwilą. Pomimo tego, że jej koncert składał się głownie z coverów, publiczność szalała. Zaraz po niej na scenie pojawił się Assassin. Kolejny jamajski artysta. Zdecydowanie młodszy od poprzedniczki, dlatego też jeszcze mocniej rozruszał publiczność. Grał on dancehall z początku XXI w. Oprócz nowych hitów, pojawiły się takie klasyki jak Diwali czy Wipe Out Riddim. Na koniec wieczoru wystąpił Michael Rose, po afrykańsku zwanym też Mykalem. Największy splendor zebrał numerem Solidarty, jednak przypomniał również masę dobrych numerów nie tylko ze swojej solowej twórczości, ale też Black Uhuru. Bardzo pozytywnym widokiem na jego koncercie była radośnie podskakująca i bujająca się w rytm, dziewczyna, która robiła chórki.

Rototom Sunsplash 2016 - foto: Rafał Jakuszczonek

Kolejny dzień rozpoczął się od występu I-Jahmana Leviego. Jako ciekawostkę przypominamy, że artysta wystąpił w Polsce miedzy innymi na One Love Sound Fest w 2012 roku. Zaraz po nim zobaczyliśmy Big Mountain, gdzie od początku było czuć, że nie jest to reggae jamajskie. Dlatego też mieliśmy mieszane odczucia co do tego występu. Przyznać trzeba jednak, że Quino – gitarzysta i wokalista grupy, naprawdę dobrze śpiewa. Rekompensatą był koncert Isarael Vibration, któremu nie można wmówić braku jamajskości. Grupa powstała na Jamajce w 1970 roku, a założona została przez trzech wokalistów cierpiących na chorobę Heinego-Medina zwaną inaczej polio. Na scenie zobaczyliśmy tylko Skeletona ponieważ Wiss był chory, a Apple Gabriel w 1997 roku odszedł z zespołu i rozpoczął solowa karierę. Skelly mimo trudności w poruszaniu, choroba zaatakowała mu kończyny dolne, emanował energią. Kule, którymi się podpierał wcale nie przeszkadzały mu w tańcu i zabawie. Tak jak przez wiele lat i na tym koncercie wokaliście towarzyszyła muzyka wykonywana przez legendarny Roots Radics Band.

Benicassim, 19/08/2016. beres hammond (Main Stage). Photo by: Patrick Albertini © Rototom Sunsplash 2016.

Benicassim, 19/08/2016. beres hammond (Main Stage). Photo by: Patrick Albertini © Rototom Sunsplash 2016.

Dla fanów muzyki reggae nazwisko Morgan jest bardzo rozpoznawalne. W poniedziałek na scenie zobaczyliśmy bardzo muzykalną rodzinę z Nowego Jorku– Morgan Heritage. Ten trzypokoleniowy skład, sądząc po reakcji, podbił serca publiczności. Podczas koncertu zaprezentowali album Strickly Roots, za którą otrzymali w tym roku nagrodę Grammy. Występ był bardzo żywiołowy i instrumentalnie bogaty, a mikrofon na zmianę podawali sobie nie tylko bracia, ale też dziadek i wnuczek. Charakterystyczne dla tego zespołu, jest głośne i ostre brzmienie saksofonu oraz świetne aranże koncertowe. Nie widzieliśmy jeszcze tak dobrze przygotowanego i zagranego koncertu aż… na scenę wszedł Alborosie. U tego włoskiego wokalisty widać rozwój z roku na rok. Wielokrotnie byliśmy na jego koncertach w Polsce i z przykrością musimy stwierdzić, że są one nieporównywalne. Po prostu chodzi o zrozumienie z publicznością. Nie jesteśmy w stanie powiedzieć jak to się dzieje, ale jego koncerty czy we Włoszech czy w Hiszpanii są zupełnie inne. Chociaż nie jesteśmy jego wielkimi fanami, to cały koncert był dla nas ogromnym przeżyciem. Bardzo dobre przygotowanie, pewność siebie, wspomniany bardzo dobry kontakt z publicznością, ale przede wszystkim każdy numer był hitem, którego tekst ludzie po prostu śpiewali. Nie brakowało też mocnych momentów i przyspieszeń.

Rototom Sunsplash 2016 - foto: Rafał Jakuszczonek

Wydawało nam się, że Damian Marley to jeszcze wyższa ranga. Jednak żaden artysta nie rozczarował nas tak bardzo jak on. Mieliśmy wrażenie, że na scenę wyszedł z musu. W jego wokalu nie było energii, brzmiał jakby był zmęczony. A kontaktu z publicznością na próżno było szukać. Faktem jest, że zagrał największe hity, ale były one tylko odtworzeniem, zero nowatorskiego podejścia.
Ze spontanicznej i pozytywnej strony pokazali się The Congos. Mimo wieku nie można im zarzucić nudy czy powielania schematów. Od pierwszych sekund koncertu radośnie skali po scenie i rozsiewali aprobującą atmosferę. Była to podróż w krainę głębokiego rootsu. Zobaczyliśmy pełny skład, który tradycyjnie nie zawiódł.

Inner Circle widzieliśmy w te wakacje po raz drugi. Zespół wystąpił także w lipcu na Woodstocku. Jednak Rototomowy występ bardziej nam się podobał. Pełen był nawiązań do klasyki reggae dancehall. Poza ich sztandarowym numerem Bad Boys zagrali wiele hitów, a energią kupili publiczność bez wyjątków. Dobra kondycja wokalisty to połowa sukcesu druga połowa to świetne aranżacje i rozplanowanie. Zespół wykonał cover Snoop Doga Young, Wild and Free w wersji reggae – stworzyli naprawdę dobry utwór. Słuchacze z radością śpiewali razem z nimi.
Dub Inc to kolejna gwiazda festiwalu. Ostróda Reggae Festiwal także może pochwalić się ich występem. I szczerze powiedziawszy koncerty nie różniły się od siebie zbyt wiele. Ten w Polsce i ten w Hiszpanii był na naprawdę wysokim poziomie. Jedynym zaskoczeniem był gościnny występ Skarra Mucciego w utworze They Want. Naszym zdaniem jest to jeden z zespołów na który nie warto jechać za granicę, ponieważ koncerty w Polsce są równie dobre.

Benicassim, 13/08/2016. Assassin aka Agent Sasco (Mainstage). Photo by: Guillem Chesa © Rototom Sunsplash 2016.

Benicassim, 13/08/2016. Assassin aka Agent Sasco (Mainstage). Photo by: Guillem Chesa © Rototom Sunsplash 2016.

Biga Ranx to młody francuski nawijacz, który podpalił scenę swoimi umiejętnościami. Jego koncert choć bardzo krótki, bo trwał tylko 45 minut był digitalowo-ragamuffinową ucztą dla uszu. Choć jest Francuzem nawija po Angielsku, a jego koncert był całkowicie odmienny od innych, które można było zobaczyć na głównej scenie. Biga dużo freestylował, ale wykonał także utwory z pierwszej i drugiej płyty. Dał pokaz fastchatingu i tym samym pokazał, że zasługuje na przydomek Ranx.

Ogromnym zaskoczeniem był dla nas koncert Manu Chao i La Ventura. Choć to nie do końca reggaeowy skład, był to koncert, który zgromadził najliczniejszą publikę. Powodem było to, że Manu Chao jest Katalończykiem, a koncert odbywał się właśnie w tej części Hiszpanii. Artysta mówił wyłącznie w ojczystym języku, publiczność krzyczała. Wszyscy odpowiadali w języku hiszpańskim, co stworzyło bardzo rodzinny klimat. Ludzie dosłownie recytowali teksty piosenek, a tylko idąc po terenie festiwalu można było stwierdzić kto zmierza właśnie na ten koncert.

Najbardziej oczekiwanym artystą Rototomu był dla nas Beres Hammond. Nie zawiódł nas. Obydwoje widzieliśmy go po raz pierwszy w życiu. Niestety nigdy nie grał w Polsce, a naprawdę warto go zobaczyć. Przekazał nam potężną dawkę reggae soulu. Znamy jego utwory i tak jak sądziliśmy jego głos jest na tyle cudowny, że nie potrzebuje zbędnych dodatków. Ten człowiek jest po prostu wyjątkowy i taki był jego koncert.

Ostatni wieczór festiwalu upłynął nam przy wokalu Freddiego McGregora. Ten jamajski artysta rozpoczął przygodę z muzyką w wieku 7 lat. Obecnie ma ich 60, ale nadal zaskakuje spontanicznością i barwą głosu. Rusza tłumy jak mało kto. A kiedy szedł kilka dni wcześniej jedną z alejek, ludzie podbiegali, żeby zrobić sobie z nim zdjęcie lub po prostu uścisnąć mu dłoń. Naszym zdaniem był to jeden z najlepszych koncertów podczas 8 dni trwania Rototomu.

Dub Academy

To jedna ze scen festiwalu nagłaśniana przez Blackboard Jungle Sound System. 30 kW głośniki co noc pompują bas od głębokiego rootsu do najnowszych digitalowych produkcji. Co noc swoja selekcję prezentują rezydenci. Codziennie w innych godzinach z różnymi gośćmi, ale zawsze na najwyższym poziomie. W tym roku najczęściej towarzyszyła im wokalistka Nish Wadada i El Indio – brytyjski singjay.

Jako pierwsi goście na dubowej scenie wystąpili producent Supah Frans z wokalistką Ponchitą Peligros. Mimo swojego niepozornego wyglądu i dziecięcego, piskliwego głosu, ruszyła tłumy. Jej numer Musical Attack, który wyprodukował Riddm Tuffa, podbił serca zgromadzonych.

Następnego wieczoru największe wrażenie zrobili na nas Maasai Warror Sound System z UK. Zadebiutowali stosunkowo niedawno, bo w 2010 roku na St. Paul Carnival. Skład dopiero od 2012 roku jeździ na sesje po całej Europie. Paul Maasai to nawijacz z wielką energią i werwą. Nie można mu także wmówić braku kondycji, bo jest w świetnej formie. Sesja była bardzo energetyczna. Publika krzyczała, skakała i robiła wielki hałas. Dla nas ta załoga była największym zaskoczeniem, oczywiście na plus. Ich produkcje okazały się killerami.

Benicassim, 14/08/2016. Evermoor Sound (DUB ACADEMY). Photo by: Dominique Pozzo © Rototom Sunsplash 2016.

Benicassim, 14/08/2016. Evermoor Sound (DUB ACADEMY). Photo by: Dominique Pozzo © Rototom Sunsplash 2016.

Pod głośniki wróciliśmy dopiero we wtorek, niestety ominęły nas sesje Mad Professora i Chanel One, ale zwyczajnie nie mieliśmy siły, brak możliwości snu przez upał, dał nam się we znaki.
Hiszpański Martes czyli po prostu wtorek, to również wieczór ze świetnym line-upem. Ackboo razem z Ye’o Perezem udowodnili to. Kolejnym dającym na to przykład artystą był Manudigital, który przyjechał razem z Taiwanem Mc i Georgem Palmerem. Ten paryski producent, którego fanami jesteśmy już od długiego czasu, puszczał dubplaty oraz riddimy do których nawijali wyżej wspomniani nawijacze. Ludzi ogarnął szał, pull upowali prawie każdy numer tupaniem i krzykami. Naszym zdaniem była to najlepsza sesja całego festiwalu. Wieczór zakończył Greenlight Sound System. Tutaj nie słyszeliśmy składu na ich głośnikach, ale w piątkowy, przedfestiwalowy wieczór to właśnie oni rozkręcili befor na polu namiotowym, na własnym zestawie.

Zdecydowanie najbardziej szaloną sesją był występ Irration Steppas z Mackie Bantonem. Zaskoczeniem była bardziej rootsowa selekcja, zupełnie inaczej niż zwykle, co podkreślił przez mikrofon Mark Irration. Było bardzo spontanicznie. Do Mackiego Bantona szybko dołączył Professor Natty i El Indio, którzy byli bonusem, bo nie było ich w line-upie. Niespodzianką była też nawijka samego Marka, jednak Mad Professor na mikrofonie to niecodzienny widok, więc i to urzekło nas najbardziej. Następnego dnia mieliśmy okazję rozmawiać z Mackie Bantonem i sam przyznał, że sesja była bardzo crazy. (sic!)

DSC_7222

Najdłuższe podziękowania po sesji składał Jah Shaka. Jego „thank you” słychać było od 5. A sesja trwała przez 6 godzin od północy. Tego dnia poza rezydentami, jako jedyny wystąpił na Dub Academy. Grał w typowym dla siebie brytyjskim stylu z dużą ilością rootsu. Parkiet od początku do końca wypełniony był po brzegi. A Wojownik przez 6 godzin puszczał tylko muzyczne perełki.

Następnego wieczoru Jah Observer zaprezentowali prawdziwą jamajską szkolę soundsystemowego grania. Roots najwyższej jakości płynął z głośników. Ich początki sięgają 1973 roku, a pochodzenie to brytyjska szkoła dubu. Ci wieloletni kolekcjonerzy płyt działali w UK aż do 2011 roku, później wyemigrowali na Jamajkę.

Ostatnimi gośćmi Dub Academy była załoga Stad High Patrol. Choć skład ten ma mnóstwo hitów, ich prezencja jest na tyle drętwa, że mimo tego, że słyszysz dobry numer, nie masz ochoty się do niego bawić, bo masz wrażenie jakby panowie grali z przymusu. Podobnie było na plaży. Nie można im jednak wytknąć braku profesjonalizmu czy złej selekcji. Jedyne co nam się nie podobało to brak energii i to wrażenie wywyższenia, jakie sprawia skład.

Pozostałe sceny

Niemożliwym jest być na wszystkich scenach na raz. Dlatego też, wybieraliśmy co dla nas wydawało się najciekawsze. Pewnie nie jest zaskoczeniem, że przez większość czasu padało na główną scenę i Dub Academy, ale reszcie muzycznych aren również należy się wzmianka.

Dla miłośników daggeringów i innego rodzaju twerków, każdego dnia od 22 do 7 działała scena Dancehall, gdzie codziennie o 23 swojego seta grał Lampadread, a po nim goście. Wśród nich byli Heavy Hammer, Skarra Mucci czy Bass Odyssey. Wszelki fan tej jamajskiej tanecznej muzyki, mógł szaleć do białego rana. Scena Show Case Stage także nas zaskoczyła. To miejsce gdzie występują artyści dosłownie z całego świata. Hiszpania, USA, Chile, Brazylia, Jamajka, a także Polska zagościła na jej deskach. Jest to też miejsce, którego nie da się jednoznacznie sklasyfikować po względem prezentowanego tam stylu muzycznego. Od ska przez roots po dubowanie na żywo. Pełna paleta barw ludzkich skór i pełna gama muzycznych rozmaitości.

Benicassim, 13/08/2016. Resident (DanceHall). Photo by: Tato Richieri © Rototom Sunsplash 2016.

Benicassim, 13/08/2016. Resident (DanceHall). Photo by: Tato Richieri © Rototom Sunsplash 2016.

Na tegorocznej edycji swoje sceny, nazywane klubami, mieli ambasadorzy czołowych, europejskich klubów zapraszających artystów związanych z muzyką korzeni. Cross Club to mieszczący się w czeskiej Pradze lokal. Niestety tam w nim nie byliśmy, ale tu – na Roto, z sufitu zwieszone były śruby i inne poruszające się metalowe konstrukcje, a samo wejście zrobione było z rusztowań przez które prowadził czerwony dywan. Efekt bardzo nam się podobał. Kolejną sceną-klubem był Black Dynamite z Francjii. Tam dla odmiany z sufitu zwieszone były płyty winylowe, a artyści grali z wielkiej sceny-szafy grającej, położonej 4 metry nad ziemią. Kolejny, całkiem „normalny” z wyglądu, chciałoby się rzec, był Hootananny prosto z Londyńskiego Brixton. Tuż obok, Hiszpański klub, Juanita, którego pionier mieści się w Walencji. Codziennie śmiałkowie mogli spróbować tam swoich sił podczas open mic, od 16 do 19. Wiadomo, przy takich możliwościach, każdy prezentuje gorsze lub lepsze epizody. Jednak reasumując poziom był naprawdę na przyzwoity.

Polskie akcenty

Od kilku lat na tym hiszpańskim festiwalu na różnych scenach występują polscy artyści. W poprzednich latach mieliśmy okazję usłyszeć Naman, Habakuk czy Dreadsquad. W tym roku na scenie Show Case Stage Stage zobaczyślismy koncert The Bartenders. To warszawski skład specjalizujący się w ska, a dokładniej mówiąc w ska-jazz. Panowie inspirują się muzyką jamajską z lat 50-tych i 60-tych, a ten styl tak niepopularny w Polsce skutkuje ich wyjątkowością.

DSC_7228

Kolejnym polskim akcentem, ale bardzo zakorzenionym w strukturze tego festiwalu był Rafał Konert, w sieci możecie poszukać go jako Positive Thursday, zagrał on na Roots Yardzie.

Radio Rototom

Ten festiwal ma wiele wyjątkowych stron, jednak naszym zdaniem najbardziej szczególną jest własne radio. Nadają oni 24h na dobę na całą Katalonię, jeśli mówimy o odbiornikach radiowych, a na cały świat, jeśli chodzi o internet. Ich podcastów, nagranych podczas festiwalu, można słuchać cały czas na stronie www.radiorototom.com. Na antenie pojawiają się wywiady z artystami, wiadomości muzyczne i po prostu dobre numery. W radio zaangażowani są ludzi z całego świata, w tym z Polski, i ta multikulturowosć czyni je jeszcze bardziej unikatowym.

Afrykanska wioska w środku Katalonii

Gliniane chatki kryte strzechą, energetyczna muzyka i żar z nieba. Brzmi jak opis małej wioski na czarnym lądzie, ale to tylko kilkadziesiąt metrów kwadratowych, zupełnie odmiennych od reszty festiwalu. Przez 8 dni, bębny przywoływały ludzi właśnie w to miejsce. Szaleństwo! Wszyscy skakali, klaskali i co najważniejsze uśmiechali się. Każdego dnia prowadzona była nauka tańca i języka afrykańskiego czy gry na bębnach. Codziennie przed koncertami na głównej scenie Afrykańczycy rozkręcali „danza africana”. To był widok! Kilkaset osób podskakujących i wymachujących kończynami na prawo i lewo. Nie dało się przejść obok tego obojętnie, ale to nie tylko ze względu na niecodzienny widok. Przede wszystkim ze względu na energię, która odczuwalna była w środku i na zaraźliwą radość.

DSC_7251

Ale African Village to nie tylko zabawa, to też źródło wiedzy o tym kontynencie. Kultura Rastafarii w Etiopii i medycyna Afryki to tylko nieliczne z tematów wykładów prowadzonych przez fundację lub po prostu mieszkańców czarnego kontynentu.

Mamy na uwadze, że koordynatorzy African Village to ludzie, którzy na co dzień nie borykają się z aż tyloma problemami co ich kontynentalni bracia, ale są oni realnymi ludźmi zamieszkującymi ten kontynent. Stąd też wynika ich prawdziwość. Nas jednak najbardziej urzekło to jak ta prosta, ale rytmiczna muzyka porusza tłumy i podbija serca. Nigdy jeszcze nie słyszeliśmy tak mistrzowskiej gry na bębnach i afrykańskich przyśpiewek. Ostatniego dnia odbył się jam. Kolejny plus za przemyślany pogram. Od pierwszego do siódmego dnia festiwalu trwały warsztaty z gry na bębnach, a ostatniego dnia każdy mógł zaprezentować swoje umiejętności na jam session. To zdecydowanie najbardziej żywa, kolorowa i pogodna część festiwalu.

Foro Social

Rototom to nie tylko zabawa i beztroski czas. Na terenie festiwalu jest takie miejsce spotkań, gdzie „południowy luz” ustępuje, a klimat sprzyja bardziej myśleniu o dzisiejszym świecie – to Foro Social. Tegoroczne przyjęło hasło wolność i godność. Podczas spotkań przewijały się tematy związane z prawami człowieka. Jeden z wieczorów poświęcony był wojnie w Syrii – jej złożonym przyczynom i konsekwencjom. Innym razem omawianym zagadnieniem była migracja uchodźców do Unii Europejskiej i stosunek Europejczyków do przybyszy. Wiele mogliśmy się także dowiedzieć o mniejszościach seksualnych. Z pewnego źródła można było dowiedzieć się jak wygląda życie homoseksualistów w Hiszpanii. Zainteresował nas także temat legalizacji marihuany – korzyści i konsekwencji.

DSC_7156

Prawdą jest, że większość dyskusji prowadzona jest w języku angielskim, jednak zdarzyło się, że uczestnicy wypowiadają się po Hiszpańsku, co dla nas było minusem. W niektórych przypadkach bariera językowa jest nie do przejścia, momentami tak było.

Reggae University

Ta część festiwalu obchodziła w tym roku swoje dziesięciolecie. To właśnie tam znani dziennikarze, pisarze, artyści jak i naukowcy spotykają się by dyskutować i wymieniać swoje spostrzeżenia na temat muzyki i kultury reggae. W tym roku Assassin opowiadał o swojej dancehallowej misji, Morgan Heritage o tym jak dostali nagrodę Grammy za swój album Strickly Roots. Mad Professor mówił o dubowaniu kiedyś, teraz i w przyszłości. Dodatkowo w ramach programy Rasta Seminars, prowadzący uczą jak jedzenie może stać się lekiem. Wszystkie tematy skupiają się na pokazaniu ewolucji muzyki, a także jej głębokiemu zapleczu kulturowemu, bo przecież reggae to nie tylko melodia , to styl życia.

Dziecięcy Świat

Do tej pory uważaliśmy, że zabieranie dziecka na festiwal to nie do końca dobry pomysł. Jednak kiedy zobaczyliśmy dziecięce uśmiechy i okrzyki radości zrozumieliśmy, że to nic złego.
Magic Mundo to zakątek stworzony z myślą o dzieciach. O dzieciach przede wszystkim, ale to też miejsce dla rodziców. Prowadzone są tam warsztaty o kreatywnej edukacji, odblokowaniu płci czy budowaniu zasobów edukacyjnych dzieci.

DSC_7268

Pociechy natomiast mogą wyszaleć się podczas łapania gigantycznych baniek. Widzieliśmy to! Radość dzieciaków próbujących doskoczyć to do jednej to do drugiej bańki jest tak ogromna i zaraźliwa, że tylko przechodząc obok na twarzy pojawia się rozkosz i radość z patrzenia. Budowanie ze słomy i gliny to kolejna frajda dla maluchów, ale to zabawa nie tylko dla naszych milusińskich. Także warsztaty cyrkowe pokazały duże zainteresowanie ze strony dorosłych. Chodzenie po linie, żonglowanie czy taniec na szarfie to tylko nieliczne z atrakcji.

Dzieciaki także tworzyły mural, uczyły się capoeiry, słuchały bajek i afrykańskich opowieści. A ostatnie dwa dni to show muzyczne, które przygotowały.
Widzieliśmy całe mnóstwo szczerych, dziecięcych uśmiechów. Piski radości wypełniały nasze uszy, a serduszka przepełniła satysfakcją. Bo co jest bardziej pozytywnego od uciechy dzieci, w których nie ma ani grama obłudy czy zakłamania ?

Food

Brak różnorodności to ostatnie co moglibyśmy powiedzieć o festiwalowym jedzeniu. Można było skosztować dosłownie całego świata. Począwszy od sushi, tajlandzkiego Pad Thai, przez włoską pizzę, jamajskie kurczaki czy afrykańskie, wegetariańskie smakołyki aż do hiszpańskich tapas czy paelli. Wybór był ogromny jednak nie wszystko warte było swojej ceny, ale to tylko jeden aspekt. Nie wszystko było warte też spróbowania. Największym zawodem była dla nas festiwalowa paella. Szczerze powiedziawszy był to sam ryż. Skusiliśmy się, bo wyglądała naprawdę dobrze, ale nie dość, że z prawdziwą hiszpańską paellą nie miała zbyt wiele wspólnego, to wypadła przy niej bardzo blado. Naszym zdaniem najlepsza potrawą była włoska pizza, po którą wracaliśmy wielokrotnie, jednak stoisko z nią znajdowało się w innej strefie, która opisujemy dalej, więc wrócimy do wątku.

DSC_7331

Jeśli chodzi o napoje wyskokowe (poza piwem, opisanym w dalszej części) to festiwal wypadł słabo. Drogie drinki, które składały się głownie z chemicznych soków lub mojito, w którym na próżno było szukać rumu. Zaskoczeniem było także dla nas brak sangrii na terenie festu, przecież to ich narodowy napój. Plusem była pinacolada. Drink był naprawdę smaczny, jednak po jednym odczuwało się takie nasycenie, że nie dość, że nie wróciliśmy po kolejnego to przez długi czas odczuwaliśmy ogromny ciężar. Ostatecznie jeśli chodzi o drinki wygrała ciara. Mix piwa i napoju cytrynowego, niby takie proste a naprawdę smaczne.

Artezana

To nietypowy rynek, gdzie masz gwarancję, że wszystko jest ręcznie robione, a producenci w głównej mierze pochodzą z okolic Walencji. Ta swoista agora położona jest na około snopków siana i baldachimów z orientalnych materiałów. Szczególnie często odwiedzaliśmy Pizzerrię Elfj. W kamiennych piecach wypiekane są tam pszenne placki z dobrymi jakościowo serami i warzywami. Potrawa przygotowywana jest przez 20-sto osobową rodzinę, ludzie Ci są bardzo ze sobą zżyci, co czuć w każdym kęsie. Birra Blues z Walencji i Castello z Castellonu to dostępne w strefie lokalne piwa. Nie rzadko można było nas spotkać przy ich kranach. Te dwa rzemieślnicze (kraftowe)browary serwowały różnego rodzaju IPY, APY oraz ALE. Tuż obok znajdowało się stoisko z tapasami i bezalkoholowymi drinkami. Prawdziwi smakosze mogli skosztować pieczonych ziemniaków z wybornymi farszami . Całości dopełniały stoiska z ręcznie robioną biżuterią, ekologicznymi perfumami czy mydłami własnej roboty.

Zona Creativa, czyli DIY co tylko chcesz

Najbardziej twórcze i artystyczne miejsce festiwalu. Codziennie od godziny 17 do 20 prowadzone były tam warsztaty z robienia bio kosmetyków, szkła czy tatuaży z henny. Liny, łapacze snów czy instrumenty DIY też znalazły się na liście. Twarze uczestników wypełniło zainteresowanie. Zobaczyliśmy nie jeden język na brodzie wystawiony z koncentracji. A po warsztatach, to tu, to tam słychać było dźwięki drewnianych fujarek powstałych kilka godzin wcześniej.

Była też możliwość zrobienia mydła od początku do końca, czy bransoletek metodą mecrame. Dzieciaki robiły dla siebie maskotki, a mamy w tym czasie przywracały nowe życie starym ubraniom.
Te 3 godziny w ciągu dnia były najbardziej twórczymi godzinami na festiwalu.

A co ze snem ?

Choć tegoroczną Rototomową piosenką była „Nobody Nah Sleep Ina Rototom City” wykonany przez Dada Yute to jednak przez 8 dni sen jest konieczny. Można oczywiście spać w wynajętym apartamencie w mieście, ale nie o tym chcemy wam opowiedzieć. Zdecydowana większość festiwalowiczów śpi na polu namiotowym położonym w sadzie migdałowym. Oddalone jest ono o ok. 300 metrów od terenu festiwalu całkowicie różni się od pól festiwalowych na jakich do tej pory byliśmy. Przede wszystkim tym, że na całym jego terenie pomiędzy metalowymi palami rozpostarte są płachty osłaniające od słońca. Organizatorzy wykazali się tu ogromnym zrozumieniem dla campowiczów, ponieważ dzięki temu nie budzisz się od razu ze wschodem słońca lub niewiele po nim, nie budzisz się z gorąca. Gorąco i tak Cię dopada, ale dopiero ok. godziny 13 nie jesteś w stanie wytrzymać. Wtedy bardzo przydają się prysznice. Jest to osłonięta parawanem wielka, koedukacyjna łaźnia. Bardzo zaskoczył nas, na plus oczywiście, brak skrępowania. Młodzi, starzy, kobiety, mężczyźni wszyscy myją się pod wspólnym prysznicem, wszyscy myją się nago. Jeszcze większym zaskoczeniem był brak obłapiania wzrokiem. Tam po prostu brak skrępowania jest czymś normalnym. Każdy akceptuje swoje ciało i nie chowa go ani przed innymi ani przed samym sobą.
Wielkim plusem są też ceramiczne toalety, if you know what we mean 😉

DSC_7203

Festiwal stawia też na stronę Eko. Woda spod prysznicy wykorzystywana jest przy spuszczaniu wody w toalecie. Festiwalowe pole na te kilka dni zamienia się w wielką komitywę. Jeśli pójdzie się w gastronomiczny zakątek, natkniemy się na bary z przekąskami i napojami otwartymi 24h na dobę, podobnie jak sklep z podstawowymi produktami takimi jak makaron, ryż czy sos pomidorowy. Tuż obok znajduje się „Rasta Pan” czyli całodobowa piekarnia. Pod wielkim białym namiotem rozstawione jest kilkanaście stołów, poustawianych w rzędy, tak aby ludzie mogli sobie spokojnie usiąść i zjeść. Zjeść to co sami przygotowali, bo do dyspozycji festiwalowiczów jest ok. 20 palników. Jedyne co musisz ze sobą zabrać to garnek czy patelnię.

Pole namiotowe ma także swój radiowęzeł z głośnikami rozstawionymi na całym terenie. Dzięki temu komunikacja jest o wiele łatwiejsza, a ogłoszenie od razu trafia do większej grupy odbiorców. A jeśli jesteś samochodem i masz wolne miejsca albo szukasz miejsca w samochodzie, wystarczy że napiszesz kartkę gdzie chcesz jechać i przyczepisz ją w wyznaczonym miejscu. To, że ktoś się odezwie gwarantowane.

Niepełnosprawni

Festiwal ten jest bardzo przyjazny dla niepełnosprawnych. Na specjalnie wyznaczonej części pola namiotowego, które znajduje się tuż przy wejściu, co jest dużym udogodnieniem, znajdują się specjalne toalety. Takie, w których bez problemu mieści się wózek inwalidzki. Są także specjalne prysznice. Niepełnosprawni nie musza się także martwić, że nie zobaczą koncertów przez tłum ludzi. Tuż obok namiotu realizatorów dźwięku jest specjalny podest, z którego bardzo dobrze widać główną scenę. Ale nie tylko dobrze widać. Podest jest w miejscu, gdzie też najlepiej słychać. Mega plus za pomysł z miejscem ustawienia platformy. Rozmawialiśmy z kilkoma niepełnosprawnymi na temat festiwalu i jego przystosowania do ich potrzeb. I nikt nie skarżył się na jakiekolwiek problemy organizacyjne.

Share on Facebook0Tweet about this on Twitter0Share on Google+0

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *