One Love Sound Fest 2016

Share on Facebook0Tweet about this on Twitter0Share on Google+0

Macie czasem takie dni kiedy, mimo najszczerszych chęci, nic wam nie wychodzi? Wszystko leci z rąk, tramwaj ucieka sprzed nosa, obiad się przypala, chociaż trzymaliście się przepisu, który już wiele razy doskonale się sprawdzał. Tak, każdy ma takie dni, które najchętniej spędziłby w domu oglądając seriale. Absolutnie bezproduktywnie, ale za to – jak przyjemnie. Niestety, często pomimo prześladującego nas danego dnia pecha, musimy stawić się w pracy, szkole, na uczelni, próbując przeciwstawić się złym mocom tego świata i wycisnąć z siebie co najlepsze. Zdarza się też, że w taki dzień przychodzi zorganizować festiwal. Największy halowy festiwal reggae w Europie, 13. edycję znanego wszystkim One Love. I wtedy zaczynają się schody.

              Pierwsza zła wiadomość dopadła nas trzy dni przed festiwalem. Jedna z głównych gwiazd, Nneka, poinformowała, że względów zdrowotnych nie jest w stanie przyjechać na One Love. W tak krótkim czasie organizatorzy nie mogli już zapewnić zastępstwa w postaci gwiazdy podobnego formatu. Puste miejsce w line-upie wypełniła lubelska grupa Chonabibe i to właśnie były pierwsze dźwięki, które usłyszałem wchodząc do Hali Stulecia. Być może są mniej znani od Nneki, być może mniej wyczekiwani, bo częściej spotykamy ich na krajowych scenach, ale doskonale wiedzą, jak rozruszać publiczność. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że z taką energią sprawdziliby się na wielu zagranicznych festiwalach – tak więc zastępstwo uważam za udane.

DSC_5310

fot. Anna Kochet

Niestety, wypełnienie luki powstałej pod nieobecność Nneki nie oznaczało końca problemów. Wyobraźcie sobie, że po nierównej walce z odjeżdżającą przed czasem komunikacją miejską wpadacie zmachani do pracy i wchodząc do biura uderzacie z całej siły szafkę małym palcem u nogi. Ten grymas, który mielibyście wtedy na twarzy, łączący w sobie ból i irytację, zapewne pojawił się i u organizatorów, gdy w dniu samego festiwalu okazało się, że Nneka nie będzie jedyną nieobecną gwiazdą. Podczas występu w noc poprzedzającą One Love Capleton złamał żebro i uszkodził wątrobę, co oczywiście uniemożliwiło mu przyjazd do Wrocławia. Zespół, który był już obecny na miejscu, odegrał bez niego kilka utworów, ale fani „Króla Ognia” musieli obejść się smakiem.

Przy tak poważnych ubytkach wśród headlinerów, tym większy ciężar spoczywał na dwóch pozostałych – Lee Perrym z akompaniującym mu Pura Vidą oraz Balkan Beat Box. I uczciwie można powiedzieć, że oba koncerty spełniły pokładane w nich nadzieje. Ten, kto choć raz widział Lee „Scratch” Perrego na żywo, ten wie, że występom legendarnego producenta bliżej jest do performance’u niż muzycznej uczty. Tak było i tym razem. Perry, kolorowo ubrany, z włosami zafarbowanymi na czerwono, celebrował na scenie swoje 80-te urodziny. Był tort wręczany przez dzieci na scenie, wystrzeliło konfetti, a sam koncert… no, można przyjąć, że stanowił raczej tło dla świętowania tak zacnego jubileuszu.

DSC_7334

fot. Anna Kochet

 Podczas gdy występ Lee Perrego spełnił wszelkie oczekiwania w kwestii scenicznego show, poprzednie doświadczenia z występami na żywo Balkan Beat Box pozwalały mieć nadzieję, na niesamowicie energetyczny i doskonały muzycznie koncert. I bez dwóch zdań tak właśnie było!

Zespół przyjechał ze świeżym materiałem z płyty „Shout It Out”, wydanej 11 listopada. Jak pokazali w Hali Stulcecia, nowe utwory znakomicie sprawdzają się na żywo. Poza nimi usłyszeliśmy także całą plejadę starszych hitów, z doskonale znanym „Digital Monkey” na czele. Ciężko powiedzieć, co stanowi największy atut tej niezwykłej formacji – charyzmatyczny wokalista Tomer Yosef, który zaraża swoją energią wszystkich pod sceną, trzymający wszystko w ryzach Tamir Muskat, czy szalony saksofonista Ori Kaplan, którego styl grania przypomina punkowe imprezy w undergroundowych klubach południowych Bałkanów. Razem tworzą mieszankę wybuchową, która na One Love zapewniła nam najlepszy koncert całego festiwalu i pozwoliła na chwilę zapomnieć o pechu prześladującym 13. edycję największego halowego festiwalu reggae w Europie.

DSC_6381

fot. Anna Kochet

Pech ten dotknął nie tylko artystów występujących na głównej scenie, ale również tych, którzy mieli bawić ludzi na scenie soundsystemowej. Tam kłopoty zdrowotne uniemożliwiły występ Zjednoczenia, które także było oczekiwanym przez wielu punktem programu. Na szczęście to już ostatnia wymuszona zmiana w line-upie. Główne gwiazdy soundsystemów dojechały do Wrocławia i mogliśmy cieszyć się świetnymi i różnorodnymi setami m.in. Mad Professora, czy Sugar Cane Experience.  Akordem zamykającym festiwal był długi, dwugodzinny set reaktywowanej grupy East West Rockers, podczas którego oprócz starych, wszystkim znanych hitów, zaprezentowany został również nowy materiał grupy.

DSC_6638

fot. Anna Kochet

Ciężko jednoznacznie ocenić trzynastą edycję One Love Sound Fest. Z jednej strony, gdyby na mnie zwaliło się tyle kłopotów, co na organizatorów festiwalu, to kładąc się do łóżka byłbym szczęśliwy, że doczekałem jutra. Z drugiej, trudno dziwić się zawodowi fanów, którzy przejechali wiele kilometrów by zobaczyć Nnekę, Capletona czy Zjednoczenie, a ostatecznie musieli obejść się smakiem. Nie sądzę, by wynagrodził im to występ Chonabibe (mimo, że bardzo udany!), czy solowa przygrywka zespołu Capletona. Dosyć przypomnieć, że takie plagi nie oszczędzają również innych polskich i zagranicznych festiwali (by wspomnieć Off Festival czy niemiecki Summerjam), trudno też mówić o jakiejkolwiek złej woli czy winie organizatorów.

DSC_6934

fot. Anna Kochet

 Zdecydowanie najjaśniejszym punktem wieczoru było show Balkan Beat Box,  artyści z Izraela po raz kolejny potwierdzili, że na żywo nie mają sobie równych, a po koncercie żałowali jedynie, że nie mogli grać jeszcze dłużej. Warto też wspomnieć dobre sesje na soundsystemach oraz ciepło przyjęte występy polskich artystów na głównej scenie – reaktywowanego EastWest Rockers, Mesajaha, Chonabiny czy Damiana Syjonfama.

DSC_6588

fot. Anna Kochet

Na koniec pozostaje podpisać się pod słowami Pablo 27, który ze sceny wyraził nadzieje, że 13 edycja festiwalu wyczerpała limit pecha na wiele lat. Trzymamy kciuki i na pewno spotykamy się za rok we Wrocławiu!

Share on Facebook0Tweet about this on Twitter0Share on Google+0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *