Lubimy się bawić – wywiad z The Skints

Share on Facebook0Tweet about this on Twitter0Share on Google+0

O 23:00 w drzwiach pressroomu Ostróda Reggae Festival 2017 stanął Joshua Waters Rudge z The Skints, który jeszcze chwilę wcześniej szalał na scenie. Rozmawialiśmy długo o humorze w muzyce i tekstach, najdziwniejszych miejscach, w których grali, inspiracjach, równowadze między męską, a żeńską energią i problemach w przebiciu się do mainstreamu. Tematów pewnie byłoby znacznie więcej, ale życie muzyka nie zawsze jest takie łatwe – wkrótce po występie The Skints czekał lot powrotny.  Zarówno koncert, jak i rozmowa na długo zapadną nam w pamięci. Chcecie wiedzieć, dlaczego? Zapraszamy do lektury. 

Paulina Szydłowska: Wyglądasz na zmęczonego…

Joshua Waters Rudge: Zdecydowanie. Jestem absolutnie wykończony. Wyszedłem z domu o 5 rano.

P: Fakt, jeszcze wczoraj wieczorem udzielaliście wywiadu na żywo w radiu BBC. I jak długo zostajecie w Ostródzie?

J: Do 2:30, a później 3 godziny jazdy na lotnisko i lot prosto do Anglii.

Bazyli Klakla: Na scenie nie wyglądałeś na zmęczonego. To był na prawdę energiczne, wspaniałe show. Podobało Ci się?

J: Tak, było fajnie! Jesteśmy pierwszy raz w Ostródzie i usłyszeliśmy tak wiele dobrych rzeczy. Miło jest tego doświadczać. Nasza pierwsza Ostróda – 2017.

P: Ale to nie pierwszy raz w Polsce.

J: Nie. Gramy tutaj już trzeci raz. Byliśmy wcześniej na Reggaelandzie. To był wspaniały występ, świetny. A w zeszłym roku graliśmy w Częstochowie.

B: Widzieliśmy was na Reggaelandzie. 

J: O, dobrze to słyszeć. To było świetne show.

B: Dla nas to był jeden z najlepszych występów podczas festiwalu, ale graliście wtedy znacznie wcześniej, jeszcze przed zachodem słońca. Teraz przyjechaliście jako jeden z headlinerów całego festiwalu. Czujesz, że zrobiliście ogromny postęp między tymi dwiema wizytami w Polsce? 

J: Wow, tak naprawdę to nie myślałem o tym w ten sposób…

B: Pamiętam, że tamten koncert odbył się dość wcześnie, z kolei teraz ludzie wyczekiwali Waszego występu.

J: Tak, pamiętam. Ale nie myślałem o nas jako głównych gwiazdach. Po prostu uważam, że przyjechaliśmy tutaj, aby robić to, co robimy. Ale tak, to jest świetne. Naprawdę bardzo nam miło. Mamy dużo szczęścia, że graliśmy w Polsce tylko trzy razy, a każdy nich był w trakcie dużych festiwali reggae.

P: W jednym z wywiadów powiedziałeś, że wiele uczycie się jeżdżąc w trasy z innymi zespołami. Kto nauczył Was najwięcej?

J: Wiesz, co, to nie jest sytuacja, kiedy ludzie siadają i uczą się konkretnych rzeczy. To raczej tak, jakbyś za pomocą oczu i uszu, obserwacji, zdobywała nowe doświadczenia.

Powiedziałbym, że chyba największy wpływ miał na nas zespół The Slackers. Grają świetne koncerty. Rzadko się zdarza, że ludzie mogą nie znać żadnych ich piosenek, ale i tak tańczą i świetnie się bawią. To jest energia i poziom, który na pewno chcieliśmy osiągnąć jako zespół.

B: Gracie dużo koncertów. Czy trudno wam utrzymać równowagę między życiem a pracą? 

J: To nasza praca. Robimy to na pełen etat, ale tu właśnie leży problem z balansem. Funkcjonowanie jako niezależny artysta i traktowanie tego jako jedynego źródła dochodu to bardzo intensywna i dynamiczna sytuacja. Wiesz, mamy dużo szczęścia, że wszyscy w zespole w 100 % poświęcają się The Skints. Będąc razem w tej sytuacji, robimy coś, co w tej chwili jest naprawdę szczególne w naszym życiu. Jakoś dajemy sobie radę, a w tym momencie jest to jedna z najlepszych rzeczy, które nas spotkały.

P: Poznaliście się w liceum, razem gracie już od 10 lat. Na początku można Was było posłuchać na londyńskich skłotach, teraz występujecie na wielkich scenach. Nie tęsknicie za takim buntowniczym i undergroundowym graniem?

J: Tak naprawdę gramy w bardzo różnych miejscach na świecie. Nadal dajemy małe koncerty w miejscach, w których nikt nas tak naprawdę nie zna, nie przestaliśmy tego robić. No, może już nie na skłotach (śmiech).

Nie gramy już w takich miejscach, ale wcale nie jest tak, że występujemy tylko na dużych scenach. Szczęśliwie zdarza nam się to co raz częściej, ale nadal podoba nam się, gdy czasami gramy w jakichś szalonych małych miasteczkach i nietypowych klubach. To naprawdę nas cieszy.

B: Jakie było najdziwniejsze, najbardziej zaskakujące miejsce w jakim zagraliście?

J: Hmm, nie wiem.  Nie chciałbym nikogo urazić mówiąc „dziwne”… Ale w zeszłym miesiącu zagraliśmy koncert w Vancouver w Kanadzie. Klub znajdował się w środku najgorszego heroinowego osiedla. Tak było. To było dość „intensywne” miejsce. Szczególnie gdy staliśmy w alei za klubem, żeby rozładować vana… Rodzaj ludzi, którzy się tam kręcili… My rozładowywaliśmy furgonetkę, a to wszystko działo się przed naszymi oczami (śmiech). To dobra historia, nie?

P: Niezła! W The Skints zaczęliście razem pracować jako przyjaciele, a teraz jesteście także wspólnikami. 

J: Tak, masz rację.

B: Czy trudno jest rozgraniczyć te role?

J: To jest trochę dziwne, mimo że nigdy nie sprzeczaliśmy się o pieniądze czy interesy.  Szczerze mówiąc, to jedyną rzeczą, o jaką kiedykolwiek się kłóciliśmy, jest muzyka. Wiesz co mam na myśli? To jedyna rzecz, w związku z która się na siebie wkurzamy. Kiedy nie zajmujemy się sprawami zespołu, nadal jesteśmy przyjaciółmi, wciąż jest między nami czysta więź, dobra wibracja. A jeśli chodzi o biznes… Wszyscy płyniemy na tej samej łodzi, wszyscy jesteśmy w tym razem. Niektórzy z nas bardziej angażują się w sprawy biznesowe, inni mniej, ale nigdy nie było to problemem.

P: Aż troje z was jest zaangażowanych w tworzenie tekstów. Jak przebiega proces pisania utworu? 

J: Każda piosenka jest inna, każda z nich ma inne źródło. Czasami Jamie, czy Marcia, czy ja piszemy cały utwór na gitarze akustycznej i pokazujemy go zespołowi. Później wspólnie trochę zmieniamy, ale to jest gotowa baza piosenki. Ale inne utwory od początku do końca piszemy wspólnie. Różnie to bywa.

B: Marcia to niewątpliwie bardzo interesująca postać. Na scenie wygląda, jakby była co najmniej ośmioma muzykami uwięzionymi w jednym ciele​​.  Jak pracuje się z tak wszechstronną artystką?

J: To dobre pytanie. Znam Marcia od bardzo dawna. Jest to też jedyny zespół, jaki kiedykolwiek tworzyłem. To jedyny zespół, z którym grałem koncerty i nagrywałem płyty, nie znam żadnego innego. To wszystko, co wiem (śmiech). Ona jest osobą, w której drzemie potężna muzyczna siła, ma dużą łatwość w łączeniu dźwięków, aranżacjach. Jej umiejętności kształtowały się w trakcie tych lat pracy z The Skints, stały się elementem zespołu i to jest wspaniałe.

B: Kiedy widzę was na scenie, ale także kiedy słucham waszych kawałków, mam też takie poczucie, że utrzymujecie w swojej muzyce bardzo dobrą równowagę kobiecej i męskiej energii.

J: O, to mi się podoba! Wiesz, nigdy o tym nie myślałem. Naprawdę. To super.

B: To nie jest coś, o co świadomie dbacie? To naturalne?

J: Tak, wszechświat jest jak równowaga tych energii, więc tak to działa.

B: W zeszłym roku na tym festiwalu mieliśmy bardzo silną reprezentację kobiet z Nattalie Rize i Jah9 na czele. W tym roku skład jest bardziej męski.

B: Zawsze będziemy mieli szacunek do wszystkich kobiet. Jestem z tego dumny, że ​​mamy zespół, w którym gra kobieta. W świecie, który zdominowany jest przez facetów, to dla nas świetna rzecz.

B: Szybkie pytanie o płytę „Part and the Parcel”, ponieważ model biznesowy, który wykorzystaliście przy jej nagraniu był dość specyficzny – crowdfunding. Czym różni się proces nagrywania płyty, gdy to słuchacze ją finansują? 

J: Szczerze – niczym.  Nadal jesteś ograniczony przez konkretny, limitowany budżet i zaczynając nagrywać płytę już wiesz jaki będzie jej koszt.

B: Jak wpadliście na ten pomysł?

J: Crowdfunding stał się bardzo popularny, szczególnie w Wielkiej Brytanii, to nasz manager zaproponował nam taki sposób finansowania płyty.

B: W razie czego nasze portfele są gotowe, aby wesprzeć wasze muzyczne działania!

P: Zmieniając temat – jedna z moich ulubionych Waszych piosenek to „Murderer”. Słuchając jej, często mam dysonans: piękna melodia i muzyka, ale trochę straszny tekst o morderczyni, która wychodzi nocą szukać swoich ofiar. Co za nim stoi?

J: Nic (śmiech). „Murderer” to bardzo głupiutka piosenka. Napisaliśmy ją tak dawno temu… Miałem raptem 17 lat, kiedy nagraliśmy ten kawałek! Robiliśmy próby na skłocie, który niestety później spłonął. No i właśnie podczas jednej z prób zagraliśmy spontanicznie główny motyw tej piosenki i doszliśmy do wniosku, że świetnie brzmi, taki delikatny rytm reggae. Zaczęliśmy improwizować, to było po prostu jam session. Słowa były najmniej ważne, nawet o nich nie myśleliśmy!  O nic tu nie chodziło, chcieliśmy tylko nagrać piosenkę w rytmie reggae. Takie było wtedy The Skints (śmiech).

B: Nazywasz to głupiutką piosenką…

J: To niezwykle głupia piosenka!

B: Ale ja mam też wrażenie, że wasza muzyka jest pełna humoru! Nie tylko w tekstach, ale także w partiach muzycznych.

J: Tak, myślę, że nie jesteśmy zespołem komediowym, ale na pewno lubimy zabawę! Muzyka jamajska zawsze miała elementy humoru, zabawy. I to jest fajne! Lubimy się bawić, jesteśmy zabawnymi ludźmi (śmiech)!

P: Dobrze łączyć pasję z pracą.

J: Bawimy się przy tym dobrze! Nie traktujemy siebie zupełnie poważnie. Oczywiście przy tym wszystkim dbamy o muzykę.

P: Pochodzicie z Londynu, z bardzo zróżnicowanego, międzykulturowego środowiska. Wasza muzyka też zahacza o różne style. Czy wypracowanie takiego charakteru byłoby możliwe gdybyście urodzili się w innym miejscu?

J: Myślę, że byłoby inaczej, nie byłoby tak samo. W dużej mierze ze względu na widoczną obecność na każdym kroku różnych rodzajów muzyki i możliwość ich poznawania, co w pewnym sensie nas ukształtowało. Nie sądzę, że inne miasto byłoby w stanie nam to zapewnić. Myślę, że atmosfera Londynu zdecydowanie jest częścią naszej twórczości.

P: W waszych piosenkach często odnosicie się do waszego miasta. W Polsce słyszy się teraz sporo o Londynie, raczej w kontekście niebezpieczeństwa czy bieżącej sytuacji politycznej i Brexitu.  Jak sądzisz, czy to może jakoś wpłynąć na scenę muzyczną i waszą twórczość?

J: Myślę, że musi wpłynąć! Pisanie muzyki i tekstów piosenek jest nieodłącznie związane zarówno z historią, jak i twoją aktualną sytuacją. Wiesz, muzycy muszą mówić o tym, co się dzieje na świecie. Chociaż tylko do pewnego stopnia.

B: Czytając starsze wywiady z wami zauważyłem, że sporo dziennikarzy zadawało wam w przeszłości pytanie „Dlaczego nie słychać was w BBC”?

J: Dlaczego naszej muzyki nie ma w radiu…

B: … a wczoraj wieczorem udzielaliście BBC wywiadu na żywo. Jak oceniasz tę zmianę? Czy uważasz, że jesteście już bliżej głównego nurtu muzycznego w Wielkiej Brytanii?

J: Wiesz co, to wszystko jest polityką. Mieliśmy dobra passe w radiu w ciągu kilku tygodni. Problem polega na tym, że BBC One – czyli obecnie główna stacja muzyczna w kraju – puszcza playlistę złożoną w 95% z kawałków nagrywanych przez artystów należących do największych wytwórni.

Jeśli jesteś niezależny, bardzo trudno jest włożyć stopę w drzwi i zaistnieć tak jak osoby identyfikowane z wielkimi wydawcami. My robimy swoje, a jeżeli ludzie i radio chcą wspierać naszą muzykę, ponieważ lubią nasz zespół, i lubią ten ruch, to świetnie. Jeśli jednak mielibyśmy pisać piosenki tylko po to, żeby dostać się do radia, to nie brzmi to jak dobra zabawa.

B: Szczerze mówiąc myślę, że wasza muzyka pasuje do list radiowych i jest bardzo radio friendly.

J: Jasne! O tym mówię! Czuję, że nie musimy iść w pop. Chodzi o to, czy ktoś podłapie piosenkę. W tym momencie jesteśmy całkiem zadowoleni, że robimy to niezależnie i po swojemu, ale momentami nie jest to łatwe.

B: Mówiąc o podłapywaniu piosenek – gracie sporo coverów. Skąd się to wzięło?

J: Szczerze mówiąc „Let’s stay together” i „My war” to tylko dwa nagrane i oficjalnie wypuszczone covery, ale zawsze, zawsze graliśmy różne kawałki na próbach. Chociaż tylko niektóre wprowadzamy do swojego repertuaru.

P: A jak wybieracie te, którymi chcecie się dzielić z ludźmi? Widziałam, że „Let’s stay together” spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem na Facebooku, a słuchacze podkreślają, że ta wersja różni się mocno od oryginału.

J: Gramy tylko te utwory, które lubimy! Po prostu wybieramy te, których sami słuchamy w domu, które mają odpowiednią wibrację. Oczywiście niektóre kawałki sprawdzają się lepiej niż inne.

B: Wasza wytwórnia „Easy Star Records” ma dość silną tradycję, jeżeli chodzi o covery (wydała m.in. albumy „Radiodread” i „Dub Side of The Moon” – przyp. red.)

J: Tak! Jak dorastaliśmy, byliśmy wielkimi fanami tych albumów – „Radiodread” i innych… Do dzisiaj tego słuchamy.

B: Zmierzając już do końca naszej rozmowy, chciałem zapytać o plany na przyszłość. Minęło dziesięć lat od powstania zespołu i już dwa lata od ostatniego albumu. Czego możemy się spodziewać w najbliższym czasie?

J: Tak, kolejny krążek to jest nasze kolejne zadanie. Teraz mamy do zagrania jeszcze kilka koncertów, ale pod koniec roku rozpoczniemy nagrywanie nowego albumu.

B: Kiedy możemy spodziewać się efektów waszej pracy?

J: W 2018, w przyszłym roku! Nie chcę obiecywać, w którym miesiącu, ale na pewno w przyszłym roku.

B: Zaplanowaliście coś specjalnego? 

J: Zawsze, stary, zawsze!

Share on Facebook0Tweet about this on Twitter0Share on Google+0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *